Muzeum Zamoyskich w Kozłówce

Przed wielkim jubileuszem

Jedzie taki turysta przez okoliczne pola, łąki i lasy. Mija osady i wsie (nie najbogatsze - przyznajmy to, okolice) i nagle… odsłania się obraz zjawiskowego obiektu pałacowo-parkowego.

W przyszłym roku Muzeum Zamoyskich w Kozłówce będzie obchodzić swoje 70-te urodziny. Czy są powody do dumy? O to zapytałam wieloletniego dyrektora muzeum, Krzysztofa Kornackiego. Zanim jednak przedstawię Państwu efekt naszej rozmowy, kilka osobistych refleksji o Kozłówce.

Kozłówka to ewenement. Nie chodzi bynajmniej o utarty slogan reklamowy. Są tacy, którzy twierdzą, że lokowanie pałacu z dala od popularnych, uczęszczanych szlaków działa na jego niekorzyść ( bo przecież mniejszy ruch turystyczny). Ja jednak skłaniam się ku opinii, że miejsce pracuje dla Kozłówki na plus. Jedzie taki turysta przez okoliczne pola, łąki i lasy. Mija osady i wsie (nie najbogatsze - przyznajmy to, okolice) i nagle… odsłania się obraz zjawiskowego obiektu pałacowo-parkowego. Nie dziwi więc, że pierwszy architekt kozłowiecki Józef Fontana sprowokowany tym miejscem, postanowił wypełnić je na swój, oryginalny sposób. Oglądając plany pierwszej zabudowy Kozłówki z XVIII wieku, przychodzi mi na myśl zupełnie inny pałac na Lubelszczyźnie. To Puławy rodu Czartoryskich. Choć obecnie budynki różni prawie wszystko, to jednak główna myśl sprzed wieków: prosta, wysadzana drzewami droga wiodąca do pałacu, obszerny dziedziniec, prostota i rytm architektury oraz fantastyczne wykorzystanie zieleni były dla tych obiektów wspólne. Pomysł takiej ekspozycji robi wrażenie w Kozłówce, nawet jeśli współczesne otoczenie pałac zawdzięcza pierwszemu ordynatowi na Kozłówce - Konstantemu Zamoyskiemu. Postać to specyficzna. Badacze mówią o nim „ samotnik, odludek ale także… kolekcjoner”.   O jego pasji zbieracza świadczy kolekcja znajdująca się w pałacowy wnętrzach. Piękne, ekskluzywne przedmioty z manufaktur europejskich z końca XIX i początku XX wieku. Meble, lustra, bibeloty, ale także rzeczy codziennego użytku - zastawa stołowa, tkaniny, lampy. Wszystkie sale pałacu odtworzone ze zdumiewającą precyzją. Nie bez powodu odwiedzający Kozłówkę mówią „tu czas stanął w miejscu”.  Wygląd pałacu i innych budynków: powozowni, kaplicy, teatralni z wciąż innymi wystawami czasowymi, czy wreszcie jedynej w naszym kraju galerii realizmu socjalistycznego, to zasługa zgranej i doświadczonej kadry. Łączy ich nie tylko miejsce pracy, ale także pasja. Jak mogłoby być inaczej, skoro na markę Kozłówki „pracuje” m.in. z pieczołowitością odtworzony detal.

„Albo pomnik – albo grób”

Od blisko 35-u lat z Kozłówką jest związany Krzysztof Kornacki. Krótki biogram przedstawiałby się następująco: urodzony w Kaliszu 9 kwietnia 1949 roku. Mieszkał i wychowywał się w szkole podstawowej w Tłokini Wielkiej, gdzie uczyli jego rodzice. Z I Liceum Ogólnokształcącego im. A. Asnyka w Kaliszu wyszedł z maturą i… ksywą „Szydera”. Zanim trafił na Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, ukończył Studium Nauczycielskie w Kaliszu. Praktyka studencka zaprowadziła go do Muzeum Mazowieckiego w Płocku, w którym uległ urokowi secesji. Pierwszą „zawodową” posadą był angaż w podpoznańskim muzeum-zamku w Gołuchowie. Jak sam przyznaje, zanim trafił do Kozłówki, nie wiedział o tym miejscu niczego.  Żartobliwie komentujeWybitny polski architekt i historyk, konserwator zabytków Bohdan Rymaszewski stwierdził przed laty, że „przyszły dyrektor Kozłówki albo postawi tu sobie pomnik albo – wykopie grób”ten fakt: „o Kozłówce i jej zbiorach po prostu nie mówiło się”. Czy zatem K. Korancki ma charakter rewolucjonisty? Można tak sądzić, skoro z Gołuchowa zwolniono go za „wywrotowy” w owym czasie pomysł stworzenia tu samodzielnej placówki, nie zaś oddziału muzeum poznańskiego. Młody, obiecujący muzealnik stanął przed dylematem - albo wybierze posadę konserwatora wojewódzkiego w Siedlcach albo (a mamy rok 1979) obejmie stanowisko dyrektora nikomu nieznanego muzeum pod Lubartowem. Nieoceniony głos w sprawie wyboru zabrał wybitny polski architekt, historyk i konserwator zabytków Bohdan Rymaszewski. Jak wspomina Kornacki, miał on stwierdzić, że „przyszły dyrektor Kozłówki albo postawi tu sobie pomnik albo – wykopie grób”. Pierwsze doświadczenia z tym miejscem nie nastawiały optymistycznie. Po pierwsze, podróż do Kozłówki wiodła nieoznakowanymi dobrze drogami. Nawet miejscowi z nieodległego od Kozłówki Baranowa nie potrafili wskazać właściwej trasy. Nie lepsza była pałacowa rzeczywistość końca lat 70. - Sam pałac  przedstawiał się nieźle, ale reszta budynków była w opłakanym stanie - wspomina Kornacki. Na środku trawnika stał słup trakcji elektrycznej. A w powietrzu (był gorący lipiec) unosiły się tumany kurzu. - Nie wiedziałem wtedy - dodaje Kornacki, - że do muzeum należą jedynie pałac, teatralnia i kaplica, a reszta to budynki użytkowane przez inne instytucje (np. GS, WRN, Kuratorium Oświaty). W opłakanym stanie był park z pracowniczymi ogródkami działkowymi i pastwiskiem dla krów. Dawny maneż pałacowy zamieniono w szkolne boisko.

Dodaj jako zakładke w Google Dodaj jako zakładke w Ms Live Dodaj jako zakładke w Wykop Dodaj jako zakładke w Gwar Dodaj jako zakładke w Digg Dodaj jako zakładke w Delicious Dodaj jako zakładke w Reddit