Patron pielgrzymów i wędrowców

papiez 400

Kanonizacja Jana Pawła II wywołuje mnóstwo refleksji, emocji i wspomnień. Wśród nich są obrazy papieża pielgrzymującego do najdalszych zakątków świata i obrazy kardynała Karola Wojtyły z jego narciarskich eskapad, wędrówek górskich i spływów kajakowych. W te wspomnienia wpisane jest pytanie, czy w najnowszych dziejach Kościoła jest inna postać zasługująca na miano człowieka drogi? Można powiedzieć, że Jan Paweł II zawsze będzie dla nas patronem tych wszystkich, którzy wyruszają na szlak, zwłaszcza tych, którzy ruszają nie po to, by osiągnąć zmysłową przyjemność, bogactwo czy sławę, ale w poszukiwaniu piękna stworzenia i naszego miejsca w tym uniwersum. Będzie dla nas patronem bardzo szczególnego rodzaju podróżowania, którego korzenie tkwią bardzo głęboko w tradycji kultury europejskiej.

*

Jan Paweł II określany był bardzo często jako papież-pielgrzym. Istotnie, żaden biskup Rzymu przed nim nie nawiedzał tak często i z takim poświęceniem (zwłaszcza w czasie, kiedy był już chory) nawet najodleglejszych sanktuariów i społeczności naszej planety. Czy zatem można się dziwić marzeniu, aby stał się patronem pielgrzymów?

Przy całej sekularyzacji świata zachodniego, pielgrzymki jako swoista forma oddawania czci Bogu, a zarazem rozwoju duchowego człowieka są nadal żywe w wielu miejscach globu. Najważniejsza i najsłynniejsza trasa pielgrzymkowa na naszym kontynencie wiedzie przez część Francji i północną Hiszpanię (tzw. Camino). Wszakże to kraj rodzinny Jana Pawła II wydaje się obecnie najżywszym centrum praktykowania pielgrzymek religijnych w Europie. Dla Polaków pielgrzymki nie są historycznym wspomnieniem lub mitem, ale wciąż żywą rzeczywistością. Ci, którzy doświadczyli pielgrzymowania - na przykład kilkusetkilometrowej pieszej wędrówki z Helu albo Elbląga do Częstochowy - wiedzą, co to znaczy zmagać się z bólem fizycznym i zniechęceniem, a jednocześnie czym jest radość i satysfakcja ze zwycięstwa nad sobą, swoim ciałem. Wiedzą też, czym jest pomoc innego, czasem zupełnie nieznanego człowieka. Wiedzą, czym jest smak chleba, a przede wszystkim łaska zimnej wody. Śpią w domach obcych rodzin, u ludzi bogatych i biednych, szczęśliwych i nieszczęśliwych, i wysłuchują ich opowieści, skarg albo próśb o modlitwę. W ten sposób zdobywają wiedzę o własnym kraju, nieporównywalną z niczym, co da się ujrzeć w telewizji lub wyczytać z gazet. To przemierzanie świata własnymi nogami pozwala na poznanie krajobrazów i ludzi z intensywnością i głębokością, jakiej nie może ofiarować żaden inny rodzaj podróżowania.

*

Przypomnę, że pielgrzymki są praktykami obecnymi w rozmaitych epokach i rozmaitych religiach, nie tylko w chrześcijaństwie. Wszelako właśnie te chrześcijańskie, zwłaszcza późnośredniowieczne, wydają się być najgłębiej obecne w naszej świadomości, stanowiąc rodzaj matrycy, prawzoru niezwykłej podróży nie nastawionej na osiąganie celów typowo praktycznych, na przykład gospodarczych czy militarnych. W pielgrzymce idzie przede wszystkim o oderwanie się od codzienności, o przeniesienie ciała i ducha w inną przestrzeń materialną i psychiczną. Idzie też o poznanie świata i siebie samego. Wspaniale zobrazował to średniowieczny poeta angielski Geoffrey Chaucer (1340-1400) w swoich „Opowieściach kanterberyjskich". Opisani przez niego pielgrzymi, wędrujący do sanktuarium w Canterbury, to ludzie z różnych warstw społecznych. Idą na spotkanie z Bogiem, ale jednocześnie spotykają miejsca, krajobrazy, ludzi i ich opowieści. Stanie się to dla nich centralnym doświadczeniem całego życia. Powrócą do swych domów wypełnieni Bogiem, ale i światem. Powrócą podbudowani duchowo, ale także z nową wiedzą o innych sposobach wznoszenia domów, o nowych metodach leczenia bydła, wyrabiania wina i sera, wychowania dzieci, wojowania i radzenia sobie z pchłami. I już do końca swego życia będą tęsknić do takich wędrówek i spotkań.

*

Dość niezręcznie jest zaliczać pielgrzymki do dziedziny turystyki, jakkolwiek dobrze wiemy, że dla wielu biur podróży jest to ważna część ich działalności. Natomiast nie ulega żadnej wątpliwości, że pielgrzymowanie stało się jednym z istotnych źródeł współczesnej turystyki, zwłaszcza jej nurtu duchowego, kontemplacyjnego. A ten nurt jest wśród nas nadal obecny, nadal zdumiewająco żywy, mimo że w krajach zamożnych dominuje oczywiście turystyka o charakterze popularnym, wywodząca się raczej z pradawnych wypraw łowieckich, wojennych i handlowych, czy z wędrówek naszych praprzodków w poszukiwaniu bardziej urodzajnej ziemi, łagodniejszego klimatu, bezpieczeństwa i wody.

Kiedy mówię o duchowym i kontemplacyjnym nurcie turystyki, myślę już nie tylko o klasycznych pielgrzymkach. Idzie mi o rozmaite sposoby wędrowania i podróżowania, jakie nastawione są nie tyle na rozrywkę, co na próbę odnajdywania harmonii świata i naszego miejsca na planecie Ziemia. To wcale nie muszą być ćwiczenia religijne, obozy rekolekcyjne czy inne zorganizowane formy „wakacji z modlitwą". To mogą być zwykłe samotne albo rodzinne spacery w ciszy, chwile kontemplacji przyrody, czas wsłuchiwania się w głos gór i lasów albo inne formy pogłębionej lektury znaków, jakie pozostawił na ziemi jej Stworzyciel.

Właśnie ten rodzaj doświadczania rzeczywistości zauważamy, kiedy przyglądamy się zdjęciom krakowskiego biskupa Karola Wojtyły siedzącego w lesie przed namiotem albo, gdy wpatrujemy się w jego fotografię przedstawiającą go na nartach, kiedy odpoczywa wsparty na kijkach. Jeszcze mocniej uderzają obrazy tego samego człowieka, który już jako papież wspina się na zbocze w Dolomitach, trzymając w ręku różaniec. Nie ma w tym żadnej ostentacji, żadnego patosu, jest zwykłe pukanie do drzwi Nieba.

Czy możemy mieć zatem lepszego przewodnika na tej drodze i na wszystkich innych, na których staramy się usłyszeć i zobaczyć, kim jesteśmy, a także skąd i dokąd idziemy?

Marek Stokowski

Dodaj jako zakładke w Google Dodaj jako zakładke w Ms Live Dodaj jako zakładke w Wykop Dodaj jako zakładke w Gwar Dodaj jako zakładke w Digg Dodaj jako zakładke w Delicious Dodaj jako zakładke w Reddit