Cukier krzepi i ożywia, czyli o... turystyce na pograniczu

Handlowcy zacierają ręce

Przed podniesieniem szlabanów w ramach układu z Schengen – widok właściwie nie do pomyślenia / fot. Marek Perzyński

Nic tak nie ożywia turystyki, jak handel. Polacy wykupują w Niemczech i Czechach cukier, Niemcy tankują w Polsce, Czesi podjeżdżają w polskich marketach z wózkami pełnymi nabiału, wędlin, papierosów. I każdemu się opłaca.

Cukier w niemieckich sklepach jest po ok. 2,60 za kg (w przeliczeniu), w polskich – po około  5 zł. Nietrudno się domyślić, że przygraniczne sklepy przeżywają szturm Polaków. Niestety, też handlarzy, którzy oferują niemiecki cukier na polskich bazach po 3,80 za kg. W niektórych niemieckich sklepach wprowadzono ograniczenia – najpierw po 20 kg na osobę, potem – po 10 kg. Bo zaczęło brakować cukru.

W Czechach cukier jest droższy niż w Niemczech (po ok. 3,20 zł za kg), więc handlować się nim na polskich bazach nie opłaci, ale na własne potrzeby – jak znalazł. Przy okazji Polacy kupują tańszy chleb, piwo, soki i... ketchup. Bo taniej niż w Polsce. Na przykład chleb kosztuje ok. 1,5 zł – takiej ceny w Polsce już ze świecą szukać. Inna sprawa, że jakość tego chleba jest dyskusyjna – polski jest znacznie smaczniejszy. Chyba, że ktoś lubi „nadmuchiwany”.

Narzekamy na ceny paliwa, jednak w Czechach i w Niemczech na wielu stacjach jest jeszcze drożej niż w Polsce, więc sąsiedzi tankują notorycznie u nas.

Handlowcy po każdej stronie granicy zacierają ręce, w wielu czeskich sklepach blisko polskiej granicy pojawiły się napisy „Mówimy po polsku”. Jedynie mentalności urzędników odpowiedzialnych za rozwój turystyki, niestety, nie sposób zmienić. O czym niedawno się przekonałem. Przy okazji pobytu w Krzeszowie koło Kamiennej Góry (diecezja legnicka), w sanktuarium maryjnym (architektura barokowa najwyższych lotów), większą grupą postanowiliśmy pojechać do czeskiego Broumova na smażony ser i knedliki, czyli typowe czeskie specjały, a potem zwiedzić to wspaniałe miasto, położone blisko polskiej granicy. W centrum odrestaurowany rynek, kamieniczki i figura maryjna. Obok figury opisy – po czesku, niemiecku i angielsku. Po polsku ani słowa, choć to Polacy są tu najczęstszymi gośćmi. Ile wody musi upłynąć w Wełtawie i w Wiśle, żeby niektórzy zrozumieli wreszcie, że Polacy i Czesi są naturalnymi sojusznikami? Dlatego jak najbliżej powinni się poznać. Zwykli obywatele, szturmując sklepy i biadoląc przy tabliczce z opisem zabytku w obcym języku, dawno to zrozumieli. Zaraz po tym, gdy podniesiono szlabany graniczne. Trzeba jednak dodać, że przy polskich zabytkach napisów po czesku jak na lekarstwo. Czyli wypada zacząć od siebie.

Marek Perzyński

Dodaj jako zakładke w Google Dodaj jako zakładke w Ms Live Dodaj jako zakładke w Wykop Dodaj jako zakładke w Gwar Dodaj jako zakładke w Digg Dodaj jako zakładke w Delicious Dodaj jako zakładke w Reddit