Duchowe korzenie turystyki

Duchowe korzenie turystyki

Pielgrzymki są praktykami obecnymi w rozmaitych epokach i rozmaitych religiach, nie tylko w chrześcijaństwie. Wszelako właśnie te chrześcijańskie, zwłaszcza późnośredniowieczne, wydają się być najgłębiej obecne w naszej świadomości, stanowiąc rodzaj matrycy, prawzoru niezwykłej podróży nie nastawionej na osiąganie celów typowo praktycznych, na przykład gospodarczych czy militarnych. Niewątpliwie w ruchu pielgrzymkowym tkwią też korzenie nowoczesnej turystyki.

Pielgrzym turysta

Wydaje się, że Polska pozostaje absolutnym wyjątkiem na mapie współczesnej Europy pod względem praktykowania pielgrzymek religijnych. Dla Polaków pielgrzymki nie są już tylko mitem, ale wciąż żywą rzeczywistością. Ci, którzy doświadczyli pielgrzymowania – na przykład kilkusetkilometrowej pieszej wędrówki z Elbląga do Częstochowy – wiedzą, co to znaczy zmagać się z bólem fizycznym i zniechęceniem, a jednocześnie czym jest radość i satysfakcja ze zwycięstwa nad sobą, swoim ciałem. Wiedzą też, czym jest pomoc innego, czasem zupełnie nieznanego człowieka. Wiedzą, czym jest smak chleba, ciasta a przede wszystkim łaska zimnej wody. Śpią w domach obcych rodzin, u ludzi bogatych i biednych, szczęśliwych i nieszczęśliwych, i wysłuchują ich opowieści, skarg albo próśb o modlitwę. W ten sposób zdobywają wiedzę o własnym kraju, nieporównywalną z niczym, co da się ujrzeć w telewizji lub wyczytać z gazet. To przemierzanie świata własnymi nogami pozwala na poznanie krajobrazów i ludzi z intensywnością i głębokością, jakiej nie może ofiarować żaden inny rodzaj podróżowania.

Coś dla duchowo wyposzczonych

Polskie żywe doświadczenie pielgrzymkowe może stanowić dla nas nie tylko wartość duchową (co jest oczywiście najważniejsze), ale przy okazji mogłoby także stać się inspiracją do rozwijania szczególnego rodzaju propozycji turystycznych. Naturalnie nie idzie mi o nakłanianie urlopowiczów do podejmowania pielgrzymek religijnych! Niech pozostanie to raczej zadaniem Kościoła, a nie biur podróży, choć wiem, że są agencje, które specjalizują się w obsłudze ruchu pielgrzymkowego. Idzie mi o coś innego. Myślę mianowicie o tworzeniu takich programów turystycznych, w których istniałby wyraźny pierwiastek pozarozrywkowy. Jestem przekonany o tym, że zawsze będzie istnieć znaczna grupa osób – zwłaszcza mieszkańców krajów zamożnych i duchowo wyposzczonych, dla których leżenie do góry brzuchem albo komfortowe rejsy po Morzu Śródziemnym nie będą już dokładnie tym, czego poszukują i do czego tęsknią. Niektórzy z tych ludzi poszukiwać będą podniet, jakie niosą tzw. sporty ekstremalne, inni wezmą udział w grach na pustyni lub dżungli, jeszcze inni zdecydują się na dwa tygodnie w klasztorze buddyjskim. My, Polacy, dla których religijność i różne jej formy nie są jeszcze na szczęście pustym folklorem, możemy zaproponować im – i nam samym – coś szczególnego. Mówiłem już, że nie apeluję o zapraszanie urlopowiczów na rekolekcje, czy też – nie daj Boże – handlowanie przeżyciami religijnymi, tak jak w wiekach średnich kupczono relikwiami! Idzie mi wyłącznie o organizowanie takich form turystycznych, które w swoim duchu byłyby bliskie pierwotnemu doświadczeniu pielgrzymki. Sugeruję powrót do źródeł wędrówki europejskiej, tej wędrówki, która niekoniecznie nastawiona jest na komfort, na tzw. fun i łapczywe gromadzenie przyjemnych wspomnień, lecz na głębsze spotkanie z ludźmi i światem. Idzie mi o formy bardzo proste, wręcz banalne, wszakże jakby już zapomniane.

Atrakcyjny braku luksusu

Przyznam, że mam w tej materii pewne doświadczenie, bowiem organizowałem i prowadziłem przedsięwzięcia tego rodzaju dla starszej młodzieży z Polski, Niemiec i Szwecji. Były to kilkudniowe wędrówki przez lasy i pola Kaszub i Powiśla, z noclegami u gospodarzy i w zamkach, z wieczornymi spotkaniami przy ognisku, z odwiedzaniem po drodze niezwykłych ludzi i miejsc kompletnie nieistniejących na mapie uznanych atrakcji turystycznych. Grupy takie jak tamte mogłyby zatrzymywać się wszędzie tam, gdzie zatrzymałby się pewnie pielgrzym: we wsiach, w kościołach różnych wyznań, w zamkach i klasztorach. W każdym z tych miejsc wędrujący staraliby się usłyszeć głos wpisany w mury i drzewa. Wszędzie też powinni spotkać ludzi z krwi i kości, ludzi, którzy mają swoją fascynującą opowieść lub pieśni. Takich ludzi jest jeszcze w Polsce naprawdę wielu. Droga tego rodzaju powinna mieć oczywiście jakiś zewnętrzny cel, pretekst. Pozostawiam to pomysłowości organizatorów takich wypraw do źródeł naszej kultury.

Współczesna turystyka zachodnia tak daleko odsunęła się od tych źródeł, że stanowi to – paradoksalnie – wielką szansę dla nas Polaków. Nie możemy jeszcze konkurować z Zachodem jakością wielu usług, ale możemy zaproponować ludziom wspólne, proste wędrowanie, posiłki przy ogniu, chwile ciszy i namysłu, wspólne muzykowanie, spotkania z tym, co najprostsze, na co dzień niemal niezauważalne. Możemy zaproponować inną perspektywę przeżywania urlopu, nie jako czasu luksusu fizycznego, ale wysiłku w poszukiwaniu niewidzialnego, powszedniego skarbu.

Marek Stokowski

 

Dodaj jako zakładke w Google Dodaj jako zakładke w Ms Live Dodaj jako zakładke w Wykop Dodaj jako zakładke w Gwar Dodaj jako zakładke w Digg Dodaj jako zakładke w Delicious Dodaj jako zakładke w Reddit