Granice marketingowych trików, których przekraczać się nie powinno
Patriotyzm firmowy ważniejszy od narodowego
Manifestacja tysięcy ludzi to dla szefów marketingu niezwykła okazja do promocji swojej firmy. Wystarczy wynająć grupkę ładnych hostess, które wmieszają się w tłum i zaczną rozdawać dzieciom i dorosłym gadżety z logo firmy, a już po paru godzinach tłum przybyły na manifestację wygląda jakby był gorącym zwolennikiem naszej firmy.
To akceptowany handlowy trik w czasie festynów. Ale stosowany w święta narodowe budzi niesmak i sprzeciw.
W większości krajów europejskich oraz w Stanach Zjednoczonych takie działanie jest niemile widziane zarówno przez obywateli, jak i przez oficjalne instytucje. Pepsi, Coca-Cola, MacDonalds czy Marlboro - jedne z najbardziej rozpoznawalnych marek na świecie, utożsamiane w krajach azjatyckich i arabskich z USA, z dumą podkreślają, że należą do amerykańskich koncernów, ale w dniu 4 lipca, w święto narodowe Stanów Zjednoczonych, najważniejsze są barwy narodowe, a nie firmowe.
W Polsce ta zasada nie obowiązuje. Po pierwsze dlatego, że dla zagranicznych koncernów polskie święta narodowe nie są ich świętami, a po drugie Polacy na to pozwalają.
O ile mogę zrozumieć dzieci, które cieszą się z baloników, chorągiewek, koszulek, czapek, o tyle trudno mi zrozumieć organizatorów, a szczególnie władze, że na takie praktyki wyrażają zgodę. Taką trudną do zaakceptowania „tolerancją” wykazali się na przykład organizatorzy Parady Niepodległości 11 Listopada w Warszawie, kiedy to Discovery TVN Historia rozdała setki swoich firmowych chorągiewek, którymi to zebrany tłum powiewał na powitanie maszerujących oddziałów Wojska Polskiego.

