Jak nie współpracować z filmowcami i realizatorami telewizyjnymi
Nie dajmy robić z siebie balona
Jeżeli jesteśmy gospodarzami obiektu dziedzictwa, to jest wielce prawdopodobne, że od czasu do czasu, z samego rana zaskakuje nas telefon od kierownika produkcji albo od razu pod drzwi naszego biura podjeżdża furgonetka z wielkim napisem TELEWIZJA.
Najczęściej nie jest to samochód należący do żadnej ze stacji telewizyjnych, tylko do małego, prywatnego producenta, który doskonale wie, że to magiczne słowo wypacykowane na masce, otwiera rozmaite bramy i szlabany. A każdy może napisać sobie na swoim samochodzie, co mu się podoba, czyż nie?
Pierwszy dopada do nas kierownik produkcji, który tytułuje się producentem bądź reżyserem. Ubrany jest ze swoistym sznytem ludzi mediów: kurtka z wieloma kieszeniami, koszulka z filmowym napisem, czapeczka Panavision. Najczęściej jest zmęczony po ostatniej niedospanej nocy. Jeśli funkcję tę pełni niewiasta, to obowiązkowo emanuje ona dyskretnym seksapilem, ubiór ma szykowny, choć roboczo niedbały. Najczęściej jest zmęczona po ostatniej niedospanej nocy.
Producent nasz pan?
Kierownicy produkcji bywają bardzo energiczni i patrzą na nas lekko z góry. Zachowują się z ostentacyjną uprzejmością światowców, okazywaną prowincjuszom, od których coś zależy. Dowiadujemy się, że doświadczeni ludzie filmu i telewizji przyjechali właśnie zrobić u nas zdjęcia do programu, dokumentu, itp., który przyniesie nam ogromne korzyści. Jeżeli się temu dziwimy i próbujemy coś bąkać o tym, że jesteśmy gospodarzami tego terenu i ładnie byłoby wcześniej się z nami skontaktować, zapytać o pozwolenie, to kierownicy produkcji dziwią się naszym zdziwieniem. Jak to? Spotyka nas taki zaszczyt, wyróżnienie, a my jeszcze marudzimy?! Czy nie zdajemy sobie sprawy z tego, że taki program to wielka nobilitacja dla obiektu i niesamowita wręcz promocja? Czy nie wiemy, że tysiące innych miast, zabytków, muzeów chciałoby być na naszym miejscu? Dowiemy się od nich także, że film będzie miał charakter typowo edukacyjny, producent nic a nic na nim nie zarobi, a jeszcze sporo dołoży.
Kierownik produkcji chce od nas tak niewiele: prawa do nieograniczonego poruszania się po terenie oraz prawa do filmowania wszystkiego, co zechce, z prawem umieszczenia tego w produkowanym właśnie programie (i wszystkich następnych, jakie będzie w życiu realizował). Naturalnie prawa te nabywa nieodpłatnie. Może nawet powinniśmy się z lekka dorzucić do tej produkcji. Ostatecznie oni wszyscy się męczą i pracują dla naszego dobra. My nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, ilu zwiedzających zacznie teraz zjeżdżać się w to miejsce! No więc – 10.000 zł. No dobra, niech będzie 5.000. Potrzebują też elektryka, jakiegoś gościa, żeby coś powiedział do kamery, byle nie seplenił, no i przydałby się obiad, kolacja i jakieś rekwizyty, chyba coś mamy, na pewno mamy.
O Hollywood, o Cannes, o Cinecittá! O magio produkcji filmowej! Któż ci nie ulegnie? Więc zupełnie skołowany gospodarz obiektu poddaje się bez wystrzału i ekipa realizatorska rusza do wytężonej pracy.
Na skróty
Naturalnie, nie jest ważne, czy pada deszcz, czy jest odpowiednie światło – ostatecznie filmowcy nie będą tu przyjeżdżać jeszcze raz, no bez przesady, mają przecież masę innych ważnych zadań.
Nawiasem mówiąc, ekipa okrojona jest do absolutnego minimum. Właściwie składa się tylko z operatora, wspomnianego już kierownika produkcji zwanego też producentem lub reżyserem i – czasem – kierowcy, który biega po rzeczy pozostawione w furgonetce, pali papierosy i wie wszystko o życiu. Wyposażenie jest cudownie ascetyczne: mikrofon, magnetofon, statyw i rozlatująca się albo ledwie półprofesjonalna kamera (ostatecznie, liczy się przede wszystkim kunszt człowieka, a nie martwy przedmiot, nieprawdaż?). Żadnych niepotrzebnych fanaberii w rodzaju dodatkowych świateł, tzw. jazdy, blend, motyli, kranów itp. No i oczywiście nie ma scenariusza. Artyści kamery go nie potrzebują (Fellini też go najczęściej nie stosował, a kręcił arcydzieła). Nie mieli też czasu (byli i są bardzo zajęci), aby zrobić wcześniej tzw. dokumentację, czyli poznać obiekt i wybrać miejsca zdjęciowe, zaplanować ich kolejność, umówić się z ludźmi itd. A po co? Prawdziwy profesjonalista poradzi sobie z marszu, czyli będzie rzeźbił na planie.
Metoda zdjęć jest oszałamiająco prosta. Fotografujemy wszystko, jak leci, a potem coś się wybierze i wyczyści w montażu. Jest ktoś do przeprowadzenia wywiadu, no to proszę bardzo. A kto to jest i jak się nazywa? To niech nam pan powie jakieś ciekawostki, tylko żadnych nudów, wie pan, jakieś legendy, tajemnice, może o sekretnych lochach… A pani, pani niech coś zaśpiewa. I może zatańczy, będzie ładnie.
Fachowcy czy oszuści?
Zdjęcia trwają cudownie krótko. Dwie, może trzy godziny. Prawie wszystkie ujęcia robione są z ręki, wyjątkowo – ze statywu. Trzeba oszczędzać czas i pieniądze. My – ignoranci – myśleliśmy, że naszego obiektu nie da się sfilmować tak prędko, przecież jest w nim tyle rzeczy ciekawych i ważnych, ale myliliśmy się. Fachowiec potrafi. Potem kierownik produkcji - reżyser - producent podsuwa nam jeszcze jakieś papiery do podpisania, przypomina o wpłacie ustalonej na wstępie należności i jedzie na obiad. A potem – czego już nie widzimy – jedzie filmować u następnej ofiary losu.
W taki właśnie sposób powstaje mnóstwo tak zwanych filmów promocyjnych, turystycznych i oświatowych, wciskanych potem niemal na siłę różnym stacjom telewizyjnym lub gospodarzom miast i obiektów. Powstają rzeczy po prostu beznadziejne i potworne, które zamiast przysparzać chwały, przynoszą nam wszystkim i naszemu krajowi wstyd i sromotę.
Jeżeli jesteśmy gospodarzami obiektu dziedzictwa, to jest wielce prawdopodobne, że znamy już te sprawy aż nadto dobrze. Wszelako, jeśli nic podobnego jeszcze nam się nie przydarzyło, to może warto, abyśmy wiedzieli na zapas, jak możemy się chronić przed tego rodzaju oszustwami.
(ms)
Czytaj także:
„Jak współpracować z filmowcami i realizatorami telewizyjnymi”
Pierwszy dopada do nas kierownik produkcji, który tytułuje się producentem bądź reżyserem. Ubrany jest ze swoistym sznytem ludzi mediów: kurtka z wieloma kieszeniami, koszulka z filmowym napisem, czapeczka Panavision. Najczęściej jest zmęczony po ostatniej niedospanej nocy. Jeśli funkcję tę pełni niewiasta, to obowiązkowo emanuje ona dyskretnym seksapilem, ubiór ma szykowny, choć roboczo niedbały. Najczęściej jest zmęczona po ostatniej niedospanej nocy.
Producent nasz pan?
Kierownicy produkcji bywają bardzo energiczni i patrzą na nas lekko z góry. Zachowują się z ostentacyjną uprzejmością światowców, okazywaną prowincjuszom, od których coś zależy. Dowiadujemy się, że doświadczeni ludzie filmu i telewizji przyjechali właśnie zrobić u nas zdjęcia do programu, dokumentu, itp., który przyniesie nam ogromne korzyści. Jeżeli się temu dziwimy i próbujemy coś bąkać o tym, że jesteśmy gospodarzami tego terenu i ładnie byłoby wcześniej się z nami skontaktować, zapytać o pozwolenie, to kierownicy produkcji dziwią się naszym zdziwieniem. Jak to? Spotyka nas taki zaszczyt, wyróżnienie, a my jeszcze marudzimy?! Czy nie zdajemy sobie sprawy z tego, że taki program to wielka nobilitacja dla obiektu i niesamowita wręcz promocja? Czy nie wiemy, że tysiące innych miast, zabytków, muzeów chciałoby być na naszym miejscu? Dowiemy się od nich także, że film będzie miał charakter typowo edukacyjny, producent nic a nic na nim nie zarobi, a jeszcze sporo dołoży.
Kierownik produkcji chce od nas tak niewiele: prawa do nieograniczonego poruszania się po terenie oraz prawa do filmowania wszystkiego, co zechce, z prawem umieszczenia tego w produkowanym właśnie programie (i wszystkich następnych, jakie będzie w życiu realizował). Naturalnie prawa te nabywa nieodpłatnie. Może nawet powinniśmy się z lekka dorzucić do tej produkcji. Ostatecznie oni wszyscy się męczą i pracują dla naszego dobra. My nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, ilu zwiedzających zacznie teraz zjeżdżać się w to miejsce! No więc – 10.000 zł. No dobra, niech będzie 5.000. Potrzebują też elektryka, jakiegoś gościa, żeby coś powiedział do kamery, byle nie seplenił, no i przydałby się obiad, kolacja i jakieś rekwizyty, chyba coś mamy, na pewno mamy.
O Hollywood, o Cannes, o Cinecittá! O magio produkcji filmowej! Któż ci nie ulegnie? Więc zupełnie skołowany gospodarz obiektu poddaje się bez wystrzału i ekipa realizatorska rusza do wytężonej pracy.
Na skróty
Naturalnie, nie jest ważne, czy pada deszcz, czy jest odpowiednie światło – ostatecznie filmowcy nie będą tu przyjeżdżać jeszcze raz, no bez przesady, mają przecież masę innych ważnych zadań.
Nawiasem mówiąc, ekipa okrojona jest do absolutnego minimum. Właściwie składa się tylko z operatora, wspomnianego już kierownika produkcji zwanego też producentem lub reżyserem i – czasem – kierowcy, który biega po rzeczy pozostawione w furgonetce, pali papierosy i wie wszystko o życiu. Wyposażenie jest cudownie ascetyczne: mikrofon, magnetofon, statyw i rozlatująca się albo ledwie półprofesjonalna kamera (ostatecznie, liczy się przede wszystkim kunszt człowieka, a nie martwy przedmiot, nieprawdaż?). Żadnych niepotrzebnych fanaberii w rodzaju dodatkowych świateł, tzw. jazdy, blend, motyli, kranów itp. No i oczywiście nie ma scenariusza. Artyści kamery go nie potrzebują (Fellini też go najczęściej nie stosował, a kręcił arcydzieła). Nie mieli też czasu (byli i są bardzo zajęci), aby zrobić wcześniej tzw. dokumentację, czyli poznać obiekt i wybrać miejsca zdjęciowe, zaplanować ich kolejność, umówić się z ludźmi itd. A po co? Prawdziwy profesjonalista poradzi sobie z marszu, czyli będzie rzeźbił na planie.
Metoda zdjęć jest oszałamiająco prosta. Fotografujemy wszystko, jak leci, a potem coś się wybierze i wyczyści w montażu. Jest ktoś do przeprowadzenia wywiadu, no to proszę bardzo. A kto to jest i jak się nazywa? To niech nam pan powie jakieś ciekawostki, tylko żadnych nudów, wie pan, jakieś legendy, tajemnice, może o sekretnych lochach… A pani, pani niech coś zaśpiewa. I może zatańczy, będzie ładnie.
Fachowcy czy oszuści?
Zdjęcia trwają cudownie krótko. Dwie, może trzy godziny. Prawie wszystkie ujęcia robione są z ręki, wyjątkowo – ze statywu. Trzeba oszczędzać czas i pieniądze. My – ignoranci – myśleliśmy, że naszego obiektu nie da się sfilmować tak prędko, przecież jest w nim tyle rzeczy ciekawych i ważnych, ale myliliśmy się. Fachowiec potrafi. Potem kierownik produkcji - reżyser - producent podsuwa nam jeszcze jakieś papiery do podpisania, przypomina o wpłacie ustalonej na wstępie należności i jedzie na obiad. A potem – czego już nie widzimy – jedzie filmować u następnej ofiary losu.
W taki właśnie sposób powstaje mnóstwo tak zwanych filmów promocyjnych, turystycznych i oświatowych, wciskanych potem niemal na siłę różnym stacjom telewizyjnym lub gospodarzom miast i obiektów. Powstają rzeczy po prostu beznadziejne i potworne, które zamiast przysparzać chwały, przynoszą nam wszystkim i naszemu krajowi wstyd i sromotę.
Jeżeli jesteśmy gospodarzami obiektu dziedzictwa, to jest wielce prawdopodobne, że znamy już te sprawy aż nadto dobrze. Wszelako, jeśli nic podobnego jeszcze nam się nie przydarzyło, to może warto, abyśmy wiedzieli na zapas, jak możemy się chronić przed tego rodzaju oszustwami.
(ms)
Czytaj także:
„Jak współpracować z filmowcami i realizatorami telewizyjnymi”

