Korespondencja z Galicii

Jeśli informacja - to tylko po hiszpańsku

- Trudno jest mówić o jednolitej polityce informacji i promocji turystycznej w całej Hiszpanii, ponieważ poszczególne regiony z roku na rok przejmują coraz więcej kompetencji z urzędów centralnych – zauważa Manuel Lage z lokalnej organizacji turystycznej regionu Galicia. - I każdy, w zależności od budżetu, ale i własnej kreatywności i sprawności kadr czyni to w innym tempie.

Galicia to zdecydowanie mniej popularny turystycznie region Hiszpanii, z pewnością spychany nieco w kąt przez „zajeżdżane” przez cudzoziemców Andaluzję, Katalonię, Baleary, czy sam Madryt. Przybyszom kojarzy się z Irlandią z powodu szczególnie bujnej roślinności i częstych deszczy.  I, oczywiście, z Sanktuarium w Santiago de Compostela i  Szlakiem św. Jakuba, którym pielgrzymi z całego świata zmierzają do miejsca pochówku Apostoła.  Bez wątpienia to właśnie Santiago i szlak „nakręcają” turystyczną koniunkturę. W stolicy regionu i wzdłuż szlaku powstaje najwięcej miejsc noclegowych i restauracji, o czym za chwilę.

Jednak pod względem jakości informacji turystycznej nawet te miejsca pozostawiają sporo do życzenia.

Co mówi prawo...

Zgodnie z art. 148.1.18 hiszpańskiej Konstytucji  i art. 27.21 Statutu autonomicznego Galicii, Społeczność Autonomiczna Galicii „posiada wyłączne kompetencje dotyczące promocji i zarządzania turystyką” w regionie. W rezultacie Parlament Galicii zatwierdził 21 sierpnia 1997 r. Artykuł 9/1997, zmodyfikowany potem aktem 10/2004 z 2 listopada 2004 r., który  obliguje galicyjską administrację turystyczną do przyjęcia odpowiednich narzędzi pozwalających na promocję, tworzenie i zarządzanie sektorem turystycznym w Galicii. Jednym z interesujących nas w tej analizie przepisów jest wydany przed trzema laty Dekret 128/2008 regulujący oznakowanie turystyczne w Galicii, który ma na celu „ujednolicenie oblicza korporacyjnego turystyki galisyjskiej celem poprawy warunków dostępności i poznania jego zasobów, poprzez homogeniczny i koherentny system informacji”. Jest to oczywiście nomenklatura prawnicza, w której chodzi po prostu o ujednolicenie oznakowania turystycznego w regionie, co ma ułatwić życie odwiedzającym go gościom, zarówno z innych regionów kraju, jak i z zagranicy.

...a co potem praktyka

Chyba trudno dziś mówić o jakimkolwiek ujednoliceniu, jeśli na wielu obiektach historycznych po prostu nie ma jeszcze żadnej informacji. Już w samym Santiago zabrakło mi właściwego oznaczenia zabytków. Gdy uzbrojona w otrzymany w hotelu plan miasta – a więc taki, który dostaje standardowy turysta - ruszyłam na odkrycie stolicy regionu, szybko okazało się, jak jest niedokładny – ulice prowadziły i krzyżowały się zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. W pewnym momencie po prostu się zgubiłam i tylko intuicja podróżnika - praktyka pozwoliła mi wyjść na prostą. Przy okazji okazało się, że niektórych, bardzo ciekawych miejsc po prostu na mapę nie naniesiono – przynajmniej na tę jego wersję, która była jeszcze jako-tako czytelna. Nie znalazł się więc na niej park i klasztor Belvis, z których roztacza się jedna z najpiękniejszych panoram miasta. Pominięto też zupełnie Ciudad de la Cultura de Galicia – ultranowoczesną budowlę autorstwa słynnego amerykańskiego architekta Petera Eisenmana. Nie ma jej też na drugiej wersji mapy, znajdującej się na awersie turystycznej publikacji, która teoretycznie powinna obejmować Santiago z dalekimi przedmieściami. Nota bene autorzy tej mapy oczekiwali chyba, że turysta będzie posiadał szkło powiększające, bo bez niego odczytanie drobniutkiego druku jest po prostu niemożliwe.   Szkoda, bo Santiago to prawdziwa perełka architektoniczna i przydałaby się jej właściwa, informacyjna oprawa. Jednocześnie trzeba jednak podkreślić, że końcówka Szlaku św. Jakuba, biegnąca już przez miasto, jest dokładnie i pomysłowo oznaczona - w bruk wkomponowano „złote” muszle św. Jakuba. Informacyjny chaos panuje też na prowincji – żadnych tablic informacyjnych nie znalazłam np. w słynnym z leczniczych wód uzdrowisku Mondariz w prowincji Pontevedra, słynącym z produkcji wyrobów z wieprzowiny. A jeśli informacja nawet była – przygotowana pieczołowicie i interesująco, jak w świetnym Muzeum Wina – Centro Do Vino Ribeira Sacra – to tylko po hiszpańsku.

W międzynarodowym gronie touroperatorów i dziennikarzy obecnych na targach zastanawialiśmy się też, jak wyglądają wycieczki organizowane przez region dla standardowego turysty. Cztery, które zaoferowano nam, charakteryzowały znaczne opóźnienia na starcie i na samej trasie (przez co osiągały rekordowy czas 10-12 godzin dziennie!). Poza tym przewodnicy mówili oczywiście po hiszpańsku, a nikt nie kwapił się, aby nam wskazywać te zabytki, które oglądaliśmy z okien busa. Oczywiście nie wynikało to wszystko ze złej woli, tylko z mniej zdyscyplinowanego podejścia do pracy i wykonywanych zadań. Miałam wrażenie, że rządzi tutaj zasada wiecznego jutra („mañana”), a improwizacja niejednokrotnie zastępuje konieczny przy organizacji imprez plan.