W łapach lotniskowych chamów
Czy znacie Państwo taki obrazek? Pasażerowie wysiadają z autobusu i wchodzą po trapie do samolotu albo siedzą już w środku i wyglądają przez okna. I widzą, jak typy z identyfikatorami obsługi portu lotniczego ciskają ich walizkami i torbami jak pies flakiem. Ludzie patrzą i milczą. A powinni krzyczeć. Powinni podbiec do bagażowych i parę razy jak pies flakiem rzucić nimi o beton płyty lotniska.
Ciskanie i niszczenie bagaży to prawdziwa epidemia na większości lotnisk w Europie i poza nią. Wygląda to na rodzaj sportu, specjalnej konkurencji, polegającej na wyrafinowanym pastwieniu się nad własnością innych ludzi. Przypuszczam, że troskliwe i dbałe ładowanie czy rozładowywanie bagaży kosztowałoby pracowników naziemnych znacznie mniej wysiłku niż te pokazy karate. Kiedy się temu procederowi przyjrzeć bliżej, to najwyraźniej traci on pozory sportu. Widać w nim raczej jakąś pasję, formę buntu. Czy nie wygląda to na lotniskową rewolucję proletariacką, wymieszaną z bagażowym powstaniem Chmielnickiego? Czy to przypadkiem nie chłopi mszczą się na panach, klasa robotnicza na burżujach, Południe na Północy, młodzi na starych, a biedacy na bogaczach? Najwyraźniej, osiłki odpowiedzialne za bagaż utworzyły międzynarodówkę zemsty na tych, co po pańsku wożą się samolotami. To nic, że burżuje płacą i dają chleb robotnikom. Należy im dokopać, bo siedzą sobie na górze, a bagażowi tkwią na dole, tamci polecą, a ci zostaną.
Pytam: Dlaczego nikt nie protestuje? Czy bronienie się przed chamstwem jest grzechem wobec poprawności politycznej? Co, nie wypada zawstydzać funkcjonariuszy portów lotniczych? A może jesteśmy po prostu zbyt leniwi lub nieśmiali, aby im przypominać, że to właśnie dzięki opłatom wnoszonym przez nas, podróżnych, mogą utrzymać rodzinę i wypić piwo?
Epidemia skandalicznej pracy na lotniskach przynosi straty zarówno materialne jak i pozamaterialne. Każdy wie, jak może wyglądać torba albo walizka po odebraniu z taśmy w hali przylotów. Oderwane rączki i paski, powgniatane boki, zamoczenia, uświnienia smarami, a w środku masakra wszystkiego, co mogło się potłuc albo połamać. Wszakże jeszcze ważniejsze wydają się koszta psychiczne wywoływane przez ten wandalizm. Widząc, w jaki sposób traktowana jest nasza własność, orientujemy się, jak bardzo jesteśmy lekceważeni, i przeczuwamy, co tak naprawdę ukrywa się pod powierzchnią uprzejmych uśmiechów stewardes i za zasłoną reklam, obiecujących podniebne rozkosze i troskę o każdego gościa na pokładzie. W szczelinie między pozorami odkrywamy rzeczywistość fałszu. To odkrycie podkopuje nasze zaufanie do obsługi lotniczej w ogóle – nie tylko do bagażowych. No bo jeżeli można tak pracować na oczach pasażerów, to jak wygląda robota tam, gdzie nikt z nas nie zagląda? Zaczynamy wyobrażać sobie, co dzieje się w warsztatach i hangarach, w centrum kontroli lotów i gdzie indziej. Nieważne, czy nasze podejrzenia i obawy mają sens, czy są paranoiczne i niesprawiedliwe. Ważne, że przestajemy ufać. Wszystkim. W ten sposób nadwyrężone zostaje w nas poczucie bezpieczeństwa, czyli to, co najważniejsze w całym lotniczym interesie.
I jeszcze jedno. Nie dziwmy się, że ludzie coraz częściej ładują się z wielkimi bagażami do wnętrza samolotu. Oni po prostu wiedzą, co dzieje się z ich rzeczami, kiedy dostają się w łapy lotniskowych chamów. Poza tym wiedzą doskonale, jak często bagaże rozpływają się w niebycie.


