Przeczytane na blogu Jana Korsaka
Rozumiem upór Laty
Z orzełkiem tradycyjnym, czy z orzełkopodobonym logiem PZPN na ekologicznej koszulce z plastikowych petów? Trwa gorąca dyskusja wśród kibicowskiej braci. I ja do niej należę. Sypią się pioruny na głowę Grzegorza Laty. Osobiście kibicowałem Lacie, kiedy w koszulce z orzełkiem na piersi zdobywał tytuł króla strzelców na piłkarskich mistrzostwach świata w RFN. Kibicuję prezesowi Lacie i dzisiaj. Życzyłbym sobie, aby nasi idole w butach na kołkach, jak on ongiś, gromili rywali na boiskach przyszłorocznych mistrzostw Europy. Czy to z orzełkiem historycznym, czy współczesnym. Jeśli idzie o promocję wizerunkową rozumiem upór Laty. Pomijam dosadne zarzuty innej natury ciskane weń przez zapalczywych antagonistów. A więc pomijając te pomówienia, ma on rację stawiając na nowoczesne techniki budowania skojarzeń. Ma sens stawianie na młodych artystów i współczesną marketingową symbolikę.
Na przykład do kanonu symboli promujących stan przygotowań do Euro 2012 w Polsce można już zaliczyć film Tomasza Bagińskiego, stworzony na zlecenie Polskiej Organizacji Turystycznej. Emitowany jest między innymi na stadionowych telebimach, przed meczami polskiej reprezentacji rozgrywającej towarzyskie mecze w ramach przygotowań do mistrzostw Europy. Film działa na emocje. Ekscytuje. Ma niepodważalne walory promocyjne. Władze UEFA bardzo wysoko oceniły dzieło naszego mistrza komputerowej animacji rekomendując je do szerokiego rozpowszechniania. Ponieważ należę do ludzi, którzy z upodobaniem chodzili do kina w latach siedemdziesiątych, pamiętam inne dzieło wielkiego ekranu: „2001 Odyseja kosmiczna”. Otóż to. Toż właśnie stary mistrz Stanley Kubrick natchnął Tomasza Bagińskiego. Czego młody reżyser wcale nie ukrywa. Przyznaje z dumą, że skojarzenia do klasyki filmowej są trafne. Potrafi z nich twórczo czerpać osiągając znakomite efekty. Powinno to dać do myślenia. Zarówno młodym wygom, bezkrytycznym entuzjastom nowoczesnego marketingu zrywającego z przeszłością, jak i starym piernikom kurczowo trzymającym się metod, które były skuteczne przed laty. Powinni spróbować grać w jednej drużynie. Łączenie tradycji z nowoczesnością wydaje się najwłaściwsze na drodze cywilizacyjnego postępu.
Tak czy inaczej liczy się zgranie z partnerami na boisku. No i, jak zawsze łut szczęścia idący w parze z gorszą formą rywali. Na poznańskim boisku piłkarze Węgier w meczu z wybrańcami trenera Smudy, najpierw wbili nam wyrównującą bramkę, a potem uprzejmie strzelili drugą - sobie samym. Dało to naszym chłopakom wizerunkowy sukces. Tak silnie nadszarpnięty usunięciem z ich koszulek orła z czasów świetności polskiej piłki.

